W czasach, gdy aparat w smartfonie jest zawsze pod ręką, a wykonanie tysiąca zdjęć nic nie kosztuje, fotografia analogowa wydaje się anachronizmem. A jednak od lat wracam do niej z tą samą ciekawością. Nie z nostalgii. Nie dla mody. Przede wszystkim dla sposobu, w jaki uczy patrzeć.
Każda klatka ma swoją wartość. Trzydzieści sześć zdjęć na rolce wystarcza na wiele godzin spaceru. Nie ma miejsca na przypadkowe serie ani na nadzieję, że „coś się wybierze później”. Jest obserwacja, cierpliwość i decyzja podjęta w odpowiednim momencie.
Fotografia analogowa zmienia również relację z czasem. Między naciśnięciem spustu migawki a zobaczeniem gotowego obrazu mija kilka dni, czasem dłużej. Ten dystans sprawia, że wracam do zdjęć bez emocji chwili. Widzę je inaczej. Część okazuje się lepsza, niż pamiętałem. Inne uczą pokory.
Najczęściej fotografuję architekturę, miejskie krajobrazy i zwykłe sceny z ulic. Interesują mnie miejsca, obok których większość przechodzi obojętnie. Odpadający tynk, światło wpadające między kamienice, ślady obecności człowieka. To właśnie tam znajduję historie, które warto zachować.
Czarno-biały film pomaga skupić się na tym, co najważniejsze: świetle, fakturze i kompozycji. Kolor przestaje odciągać uwagę, a obraz staje się bardziej uniwersalny. Nie opowiada o tym, jak wyglądało dane miejsce, ale o tym, jakie sprawiało wrażenie.
Coraz częściej obok aparatu analogowego towarzyszy mi również smartfon. Nie traktuję go jako konkurencji. To po prostu kolejne narzędzie do prowadzenia fotograficznych notatek. Są chwile, których nie warto odkładać na później, nawet jeśli ostatecznie pozostaną jedynie cyfrowym zapisem.
Fotografia nie zaczyna się od sprzętu. Zaczyna się od uważności. Aparat niezależnie od tego, czy ładuje się do niego film, czy baterię, jest jedynie narzędziem. To sposób patrzenia decyduje o wartości zdjęcia.
Może właśnie dlatego po tylu latach nadal sięgam po aparat analogowy. Nie dlatego, że jest lepszy od cyfrowego. Dlatego, że przypomina mi, jak zwolnić i naprawdę zobaczyć świat.
