Konica FS-1 pracuje w trybie automatycznym z preselekcją czasu, co w latach 70. było czymś świeżym, ale dziś odbieram to raczej jako ciekawy kompromis niż ograniczenie. Aparat zmusza do zaufania światłomierzowi, ale jednocześnie pozostawia fotografowi pełną odpowiedzialność za moment i kadr. I to jest coś, co bardzo mi odpowiada – bo technika schodzi na drugi plan, a liczy się uważność.
System AR i obiektywy Koniki to osobny temat. Mają charakter, kontrast i plastykę, która świetnie odnajduje się w czerni i bieli. Na FS-1 te szkła pokazują swój spokojny, czasem lekko surowy rysunek – idealny do architektury, ulicy czy prostych, codziennych scen. Bez zbędnej dosłowności, bez efekciarstwa.
Konica FS-1 nie jest aparatem kultowym w sensie mody czy kolekcjonerskich zachwytów. I może właśnie dlatego tak dobrze wpisuje się w fotografowanie „dla siebie”. To narzędzie, które nie dominuje fotografa, nie rozprasza, nie narzuca stylu. Po prostu jest – gotowe, żeby towarzyszyć w obserwowaniu świata i zapisywaniu go na kliszy, klatka po klatce.
Jak działa naciąg w Konica FS-1
- FS-1 ma w pełni elektryczny naciąg filmu – nie ma dźwigni naciągu jak w większości lustrzanek.
- Po włożeniu filmu i zamknięciu tylnej klapki:
- Silnik automatycznie przewija film do pierwszej klatki,
- Po każdym zdjęciu silnik sam naciąga migawkę i przesuwa film.
- Zasilanie: 4 baterie AA – bez nich naciąg w ogóle nie działa.

