Kolor zawsze wydawał mi się obietnicą, której nie potrafię w pełni zaufać.
Niedawno spróbowałem ponownie — załadowałem do aparatu kolorowy negatyw, przeszedłem znajomymi ulicami, zrobiłem kilka kadrów z myślą, że może tym razem coś zaskoczy. Ale kiedy zobaczyłem efekty, poczułem tylko lekkie ukłucie dystansu. Za dużo się tam działo. Zbyt wiele barw próbowało być pierwszym planem, zbyt wiele detali krzyczało jednocześnie. Kolor w moich rękach zaczyna żyć własnym życiem, odbierając głos temu, co naprawdę chcę powiedzieć.







W czerni i bieli wszystko wraca na miejsce. To świat, w którym nic nie musi udawać. Światło i cień układają się jak rozmowa prowadzona szeptem, struktury wychodzą na powierzchnię, emocje stają się nagie, bardziej szczere. W tych odcieniach mogę zatrzymać się na tym, co istotne — na fakturze ściany, geometrii miasta, spojrzeniu nieznajomego mijanego na rogu.
Kolor opisuje to, co widzę. Czerń i biel pozwala mi pokazać to, co naprawdę czuję. I chyba właśnie dlatego wciąż wracam do niej jak do domu, do miejsca, gdzie obrazy w końcu milkną i zaczynają mówić.

